„Profesjonalni amatorzy” – Maciej Pieczyński


 

Kto z nas nie marzył o aktorskiej karierze? Żeby spełnić to marzenie, nie trzeba spędzić lat nauki w szkołach filmowych czy teatralnych, na które najwięksi polscy aktorzy zdawali niejednokrotnie po kilka razy. Gwiazdą można zostać także na deskach teatrów amatorskich.

 

Od podstawówki po studentów. Od szkolnych teatrzyków po sceny z prawdziwego zdarzenia. Wielu młodych szczecinian przeżywa przygodę z teatrem amatorskim.  Nie wszyscy od zawsze chcieli zostać aktorami. – Moją pasją od dziecka była plastyka – mówi Magda Gładysiewicz z Teatru Nie Ma, która w tym roku kończy liceum plastyczne. Sztuki wizualne łączy ze sceną, pomagając przy scenografii spektakli. – Teatrem zająłem się w liceum z chęci robienia czegokolwiek – przyznaje z kolei Igor Krupczyński, rówieśnik i kolega Magdy z Nie Ma. – Nie przepadałem za nim zbytnio. Teraz to się powoli zmienia.

Teatr od kuchni

Aktor – amator nie oznacza automatycznie aktor – wolontariusz. Poza spełnieniem artystycznych ambicji, dobrą zabawą i pokarmem dla próżności można zarobić niewielkie pieniądze. Choć nie zawsze. – Nigdy nic nie dostaliśmy za występy oprócz podziękowań na piśmie i nagród rzeczowych – mówi Marcel Mroczek, twórca i reżyser teatru Animi Orchestrae, absolwent IV Liceum Ogólnokształcącego w Szczecinie. AO powstało właśnie jako koło teatralne „Czwórki”, skupiając jej uczniów. – Rada Rodziców wspierała nas finansowo przy większych przedsięwzięciach – przyznaje Marcel. – Zresztą staramy się robić takie spektakle, do których nie trzeba zbyt wiele dopłacać.

Bliżej do zawodowej sceny ma na pewno Teatr Nie Ma, którego sztuki niemal co tydzień można zobaczyć w Akademickim Centrum Kultury. Grupa, z racji wysokiej jak na amatorów renomy, jeździ na festiwale, z których większość rości sobie wpisowe od uczestników. –Musimy płacić we własnym zakresie za przejazd i zakwaterowanie. Nagrody pieniężne są rzadkością, a wygrana zazwyczaj pokrywa koszta imprezy – mówi Igor z Nie Ma i dodaje: – Utrzymujemy się z „puszki”, do której można wrzucać pieniądze przed każdym naszym spektaklem, co starcza na nowe rekwizyty, stroje, przejazdy. Ale to wciąż mało.

Sam sobie aktorem i reżyserem

Festiwale to dla aktorów – amatorów wielka przygoda. I choć czasem trzeba do niej dopłacać, mentalnie się opłaca, jako szkoła samodzielności i odpowiedzialności. Magda Tkacz z teatru KOD z Dębna z sentymentem wspomina przegląd teatralny BRAMAT w Goleniowie, gdzie przeszła swój chrzest festiwalowy: -  Spanie na karimatach, rozmowy do nocy, śpiewy, tańce, słowem: teatr od kuchni! – mówi.

Aktorzy Teatru Nie Ma często goszczą we Lwowie, rodzinnym mieście reżyserki grupy, Tatiany Malinowskiej – Tyszkiewicz. Odwiedzili też Moskwę, Petersburg, Pragę, Stralsund. Co wrzesień Nie Ma organizuje festiwal teatralny „Pro Contra”, na który przyjeżdżają zespoły z całej Europy.

Gra w teatrze amatorskim to oprócz festiwalowych przygód, powszednia, ciężka praca. – W teatrze KOD spotykaliśmy się co tydzień na 2 – 3 godzinnych próbach – opowiada Magda Tkacz. – Polegały one na ćwiczeniach ciała, aparatu mowy. Gdy już była gotowa konstrukcja spektaklu, mieliśmy próby stolikowe (czytanie tekstu „na sucho”), dyskusje o tym, jak rozumiemy tekst. Potem dzieliliśmy się na role i graliśmy już próby sytuacyjne na scenie.

W teatrze amatorskim, gdzie dyplom o niczym nie decyduje, młody aktor może wcielić się nawet w rolę reżysera. Doświadczył tego dwudziestoletni Igor Krupczyński, reżyserując spektakl „F.UZJA”. Prowadził dwoje dwa lata starszych od siebie, do tego zaprzyjaźnionych ze sobą aktorów. Gdy wykruszył się jeden z nich, Igor musiał go sam zastąpić. – Pytałem naszej reżyserki, czy da się być swoim własnym reżyserem. Z braku mojego doświadczenia uznaliśmy, że nie mam żadnych ograniczeń.

Chciałam być nauczycielką

Magda Tkacz, doktorantka literaturoznawstwa na Uniwersytecie Szczecińskim, od czasów liceum grywa w teatrze KOD z Dębna. Ze swoim monodramem „Oszalała”, w którym zagrała starszą kobietę, rozmawiającą ze zmarłymi wygrała m.in. Wrocławskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora.

Jak powstał monodram „Oszalała”? Czyje doświadczenia są w nim opisane?

W teatrze KOD co tydzień spotykaliśmy się i rozmawialiśmy o tym, co kto przeżył w ostatnim czasie. Ja dużo opowiadałam o mojej nieżyjącej babci. Z tej i innych historii zrodził się pomysł na tekst, który napisał Anatol Wierzchowski.

Podczas spektaklu, odgrywając rolę rozmawiającej ze zmarłymi starszej kobiety przechadzasz się po widowni, siadasz wśród widzów. Jak oni na to reagują?

Różnie. To zależy, na ile widz potrafi oddzielić teatralną fikcję od rzeczywistości. Ci, którzy to potrafią, spokojnie oglądają spektakl i nie wchodzą w interakcję z moją postacią. Za to starsze panie często się z tą postacią żywo identyfikują. W spektaklu gram w babcinej chuście. Na co dzień tak się nie ubieram, więc nie zawsze udaje mi się ją fachowo założyć, dlatego zdarza się, że jakaś starsza pani, obok której akurat usiądę, poprawia mi tę chustę (śmiech).

Traktują cię jak swoją koleżankę?

Tak. Często też dopowiadają moje kwestie, komentują, np. „oho! Prawda, prawda!”. Albo biją brawo, gdy moja postać narzeka, że „ci mężczyźni to są bałamuty!”.

Pisałaś na polonistyce pracę magisterską o teatrach amatorskich, m.in. o teatrze, w którym grałaś. Jakie to uczucie pisać o samej sobie?

Jakoś sobie poradziłam. Udało się utrzymać dystans i pisać o sobie w trzeciej osobie. Magdalena Tkacz – polonistka pisała przecież nie o sobie, ale o Magdalenie Tkacz – aktorce.

Twój monodram zrobił furorę, czemu więc wybrałaś doktorat zamiast szkoły teatralnej? Życie naukowca jest ciekawsze niż życie aktorki?

Zawsze chciałam być nauczycielką. Wychodziłam z założenia, że trzeba mieć konkretny fach w ręku. Ale aktorstwo to dalej moja pasja i żałuję, że mam tak mało czasu na jej pielęgnowanie. Mimo to, wciąż czuję się aktorką teatru KOD.

Maciej Pieczyński
PRESTIŻ – magazyn szczeciński

Go to Top